Blog

„Organizacja międzynarodowa” – brzmi niewinnie, wygląda ładnie, do sformułowania tego każdy z nas już tak przywyknął, że niepodobna uznać, iż kiedyś na świecie organizacji takich było zaledwie kilka, i to niemal wyłącznie handlowych.

Po II wojnie świat był w gruzach, niektóre państwa podupadały, w innych poszczególne narody domagały się niepodległości. Cała Europa borykała się z biedą i zrujnowanymi gospodarkami, przedwojenne waluty zmieniły swoją wartość, nie było już nic stabilnego i „na pewno”. Jednym słowem – pojawił się niesamowicie duży społeczno-gospodarczy chaos, dotychczas nieznany, gdyż dotychczasowe wojny nie były na tyle totalne, aby tak zrujnować ludzkość. W tych to właśnie czasach jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać organizacje międzynarodowe – których ideą było na samym początku rzekomo „posprzątać” powojenne pobojowisko i uzdrowić świat.

Możni ówczesnego świata spotkali się więc na konferencji w 1944 roku w Bretton Woods. Wymyślili tam dwie istotne rzeczy: plan Marshalla i system stałych kursów walutowych.

Plan Marshalla był pomysłem amerykańskiego ministra spraw zagranicznych – Georga Marshalla, którego to plan w swych założeniach miał „pomóc odbudować Europę” za pomocą przekazanych jej środków pieniężnych. W rzeczywistości natomiast był to oprocentowany kredyt, który Amerykanie udzielili Europie – na sumę około 14 mld ówczesnych dolarów (a więc de facto dużo więcej, niż obecnie reprezentuje ta kwota – pensja minimalna w 1945 wynosiła 0,75$ za godzinę). Owa pożyczka przeznaczona była na zakup od Amerykanów surowców, maszyn, podzespołów do maszyn, materiałów – słowem: wszystkiego, co konieczne do odbudowy przemysłu i kraju. Europa była zmuszona do dokonywania takich zakupów, żeby dostać kredyt – przekazanie kolejnych transz pożyczki było bowiem uzależnione od dokonania zakupu dóbr. Amerykanie zatem zarobili podwójnie: sprzedając Europie towary i surowce, a także zarabiając na oprocentowaniu kredytu. De facto zarobili stukrotnie bardziej – zyskali w Europie kontrahentów, którzy byli zmuszeni kupować od nich te dobra przez kolejne kilkanaście lat. Ameryka mogła przez wiele lat po wojnie produkować i sprzedawać nie tylko w swoim kraju – ale też w całej zachodniej Europie, zyski były kosmiczne, a wiele powiązań handlowych pozostało do dnia dzisiejszego.

Drugim pomysłem z Bretton Woods był system stałych kursów walutowych. Dla osób nieobeznanych z nauką finansów może to być z pozoru zbyt trudne do rozumienia – nic bardziej mylnego. Jest to dość proste: możni tego świata postanowili wówczas, że odtąd wszystkie waluty będą ciągle tyle samo warte względem dolara. To tak, jakby obecnie ktoś arbitralnie stwierdził, że od dzisiaj jeden dolar ma być wart 5 złotych, niezależnie od jakichkolwiek okoliczności. Pomysł absurdalny do cna, gdyż kursy walut zależą od wielu wahań w gospodarce – od produkcji, eksportu, rynków finansowych, inwestycji i tak dalej. Dlaczego więc w Bretton Woods podjęto taką decyzję? Amerykanie mieli złoto, całkiem spore jego rezerwy. Zagwarantowali zatem, że 1 dolar to zawsze będzie określona część uncji złota, na które będzie można go zawsze wymienić. Idea piękna, tylko że gdy świat zaczął się odbudowywać po wojnie, ludzie zaczęli obracać walutami, okazało się, że dolarów jest za mało – a każdy chciał je posiadać, bo po pierwsze wszystkie waluty były do niego stabilne, a po drugie był on wymienialny na złoto. Amerykanie zatem dodrukowali sobie papierowych dolarów. Wówczas po krótkim czasie okazało się, że dolarów jest więcej niż złota i już nie da się wymienić banknotu na kruszec, jak obiecywali Amerykanie na początku – cały system się więc z hukiem zawalił. Możni tego świata stwierdzili, że trzeba wymyślić coś nowego, i wymyślili – SDR, czyli Special Draving Rights. Czym są w istocie? Pewnego rodzaju wirtualną „walutą”, która służy państwom i dużym instytucjom finansowym do rozliczania swojego bilansu i dokonywania transakcji walutowych – czyli z grubsza do niektórych rozliczeń systemu finansowego państwa, czegoś takiego, jak robimy my płacąc za prąd, regulując ratę kredytu czy wymieniając w kantorze funty od rodziny z emigracji. Pozostaje zadać pytanie – kto decyduje o tym ile „wirtualnych pieniążków” SDR dostanie konkretny kraj i gdzie je „trzyma”? Otóż zajmuje się tym wszystkim MFW (Międzynarodowy Fundusz Walutowy), który jest organizacją międzynarodową, do której przecież rzekomo nie trzeba należeć. Tylko powstaje zasadniczy problem – jeżeli państwo do niego nie należy, to nie ma SDR-ów, a jeśli nie ma SDR-ów, to nie ma czym płacić i jak wymieniać walut, czyli w praktyce zostaje wyizolowane na świecie, zupełnie tak jak człowiek, któremu zabrano pieniądze, karty kredytowe i który musi jakoś funkcjonować. MFW decyduje też, ile warte są SDRy – wybiera koszyk walut, które się na niego składają, obecnie są to waluty: amerykańska, chińska, japońska, brytyjska i euro. Międzynarodowy twór zatem związuje nam ręce – decyduje o tym, ile mamy jako państwo rezerw do transakcji walutowych i czy w ogóle je mamy.
To jednak nie wszystko, co robi – instytucja ta bowiem także udziela pożyczek państwom, którym ich własne rezerwy nie wystarczają na określone przedsięwzięcia. Z pozoru nie ma w tym nic złego, zło jednak tkwi w szczegółach. MFW udziela pożyczki w kilku transzach – przy czym przekazanie każdej kolejnej zależne jest od spełnienia przez dany kraj konkretnych „zaleceń” i „rekomendacji” od MFW. Rekomendacje mogą być nie tylko finansowe – mogą dotyczyć gospodarki, zagadnień społecznych, wszelkich dziedzin życia państwa. Tak też było 30 lat temu, kiedy MFW kredytował Polskę – to on, a nie nasz naród, decydował, jakimi torami ma iść nasza transformacja gospodarcza.

Czym natomiast jest MFW, kto w nim decyduje, kto nim rządzi? Otóż decydujący głos w Funduszu mają najbogatsze i najsilniejsze państwa świata. Organ wykonawczy MFW to „Rada Wykonawcza”, składa się z Dyrektora Generalnego Funduszu oraz 24 dyrektorów wybieranych na dwuletnią kadencję. Przy czym sześciu z nich nie ogranicza żadna kadencja – są oni stali i nikt ich nie musi wybierać. Są to dyrektorzy z 6 państw, które wpłacają największe składki do MFW – czyli kraje najbogatsze. Składki co prawda płacą wszystkie państwa należące do MFW, czyli prawie wszystkie państwa świata. Każde jednak wpłaca inną kwotę – która jest zależna od tego ile dany kraj eksportuje, ile produkuje, jak duże ma PKB oraz wielu innych czynników. W praktyce zatem najwięcej wpłacają kraje najzasobniejsze, jak USA, Chiny, Wielka Brytania, Niemcy, ale które mają z tego tytułu niemal decydujący głos w całym Funduszu. To one zatem decydują o wartości SDR-ów, o tym czy komuś go przydzielą, o tym jakie warunki postawią państwu ubiegającemu się o pożyczkę. Nazywa się to ładnie „systemem kwotowym”. W 2012 państwa G7 (7 „najmocniejszych” państw świata) uzyskały ponad 40% głosów w MFW. Zatem, jest to system w którym ilość głosów w MFW zależy od wpłacanych kwot – czyli bogaci będą dalej bogaci, biedni dalej biedni, bo to bogaci rządzą biednymi, a nie jest w ich interesie tworzyć sobie konkurencję.

Czy globalne zarządzanie i wiodąca rola kilku państw na świecie jest w jakimś aspekcie dobra, czy uchroniło nas to przed kryzysem finansowym? Jak pokazują doświadczenia – nie, gdyż w ostatnim ćwierćwieczu miały miejsce trzy mocne kryzysy. Gospodarki państw świata różnią się horrendalnie. W takich okolicznościach nie da się narzucić jednego sposobu zarządzania finansami, który będzie korzystny dla wszystkich – bo to, co okaże się efektywnym w państwach dużych, eksportujących wiele dóbr, będzie kompletną klapą i zrujnuje finanse małego kraju o ujemnym bilansie handlowym.

Świat przed II wojną wyglądał zupełnie inaczej. To, co znamy współcześnie – spora globalizacja, wiążący wpływ organizacji międzynarodowych na politykę, wiodąca rola dolara w świecie finansów, ale nawet dominująca rola Stanów Zjednoczonych we współczesnych prądach kulturowych – wszystko to jest pokłosiem wdrażanych siłą globalnych systemów zarządzania finansami i uzależniania odbudowy gospodarek europejskich od funduszy z USA. Jest to też efektem utworzenia organizacji międzynarodowych, którym udzielono kompetencji władczych; władczych na tyle, aby pozbawić państwa suwerenności w rządzeniu w niektórych aspektach.

Anna Kędzierawska