„Polak Polakowi…” – Judyta Gacek

Moja przygoda z emigracją do Niemiec zaczynała się kilka razy. Na początku nie było to ,,na serio”, miało być chwilowe, bo studia, bo przyjaciele, rodzina. Aż któregoś dnia poczułam, że nie mam wyjścia, wyjechałam. Z obawą, gdyż za poprzednimi razami wiele zdążyłam zobaczyć. Przede wszystkim zobaczyłam, że Polakowi się nie ufa. Może to była kwestia tego, że byłam młoda i nie znałam realiów, dzięki czemu po prostu można mnie było łatwo wykorzystać bądź pewne rzeczy wydawały mi się normalne na emigracji. Dziś mam inne spojrzenie na kwestię Polaków za granicą. Na początku przekonałam się, że dla kasy można wyrzec się rodziny i godności, wszystko po to, aby się kolokwialnie nachapać. Liczyło się to, że mam lepszy samochód niż sąsiad, czy że zarabia się więcej albo nie płaci się wcale drugiej osobie za wykonaną pracę.

Przygotowując się do napisania tego tekstu napisałam na jednej z grup Polonii niemieckiej z zapytaniem, co sądzą o zdaniu ,,Polak Polakowi wilkiem”. Zdania były bardzo podzielone, niestety dominowała opinia, że to prawda. Przyznam szczerze, że nie musiałam nigdy prosić nikogo o pomoc, mam tutaj ,,swoich” zaufanych i zwykle razem szukamy jakiegoś rozwiązania. Sama staram się pomóc, o ile to tylko możliwe, w imię zasady ,,Mnie też kiedyś ktoś pomógł i ja też kiedyś zaczynałam przygodę z obcym krajem”. Ciężko o tym mówić, ale bardzo często mówi się tutaj, że Polacy nie potrafią trzymać się razem, jest to po prostu niewykonalne, z podziwem natomiast patrzy się na… Turków, bo tak zjednoczonych społeczności, jak u nich, nie ma chyba żaden inny kraj. Krąży opinia, że nie warto chodzić do kościoła, bo to jedna wielka rewia mody i blichtru, zaraz Cię ocenią, w co jesteś ubrany, z kim przyszedłeś i jak się modlisz. Byłam raz świadkiem kłótni dwóch Polaków, obcych sobie. Jeden z nich mówił coś po polsku, a ten drugi naskoczył na niego, że jest w Niemczech i ma mówić po niemiecku. Spotkałam się z opinią, że ludzie nie chcą głośno mówić po polsku bo się wstydzą. Skądinąd zdarzają się jednak takie ,,przypadki”, gdzie rozmawiają tak głośno, że całe metro słyszy, ale w myśl, że i tak nikt nic nie rozumie, to sobie może. Sęk w tym, że niektórzy rozumieją. Spotkać drugiego rodaka tutaj jest bardzo łatwo. Dlatego trzeba uważać na słowa.

Każdy, kto opuszcza nasza ukochaną Ojczyznę, robi to generalnie w jednym celu – dla pieniędzy i lepszego życia. Wydaje mi się jednak, że czasami te właśnie cele gdzieś przysłaniają niektórym tę zwyczajną, ludzką przyzwoitość. Wiele słyszy się o tym, jak to młodzi chłopcy pracują na budowie i nie dostają za to wynagrodzenia albo jest ono tak małe, że nie ma jak żyć. Panująca tutaj kolejna z zasad to lepiej pracować u Niemca czy innego obcokrajowca, byle nie u Polaka. Ciężko mi się odnieść do tego, bo nie pracuję na budowie. Wiem natomiast, że niestety Polak pracuje ciężko w tak zwany ,,świątek, piątek czy niedzielę”. Jednak nie tyczy się to tylko budowlańców, kobiety też poświęcają bardzo dużo wolnego czasu na pracę, nawet w dni wolne. Nie da się ukryć, że samo życie w Monachium jest bardzo drogie. Płaci się wysokie rachunki, czynsze… i właśnie tutaj pojawia się kolejna kwestia. Mieszkanie tylko od tubylca! Wiele razy ten temat wracał jak bumerang. Ktoś ma pokój do wynajęcia za cenę tak astronomiczną, że gdy tylko się gdzieś z tym ogłosi, to momentalnie spada na niego fala hejtu, jakim to jest wyzyskiwaczem rodaków i dorobkiewiczem. Właśnie w takich sytuacjach najczęściej powraca temat relacji polsko – polskich za granicą. Niestety często zdarza się, że pokój wynajmowany przez Polaka Polakowi w rzeczywistości jest o połowę tańszy niż życzy sobie tego polski najemca. Identycznie sytuacja ma się ze sprzedawaniem prac. Jeśli tylko gdzieś pojawia się takie ogłoszenie, momentalnie autorka (bo zwykle są to kobiety) nie ma już życia w Internecie, na danej grupie. Bardzo łatwo przychodzi Polakom ocenianie innych ludzi tutaj. Mam wrażenie, że u nas w Polsce wszystko wydaje się takie inne. Tutaj z każdej strony można być przygotowanym na wszystko.

Byłabym mega hipokrytką, gdybym nie wspomniała, że oczywiście opisane przeze mnie przypadki to zwykle skrajności, ale co do zasady, że nie umiemy się trzymać razem, to jest w tym niestety ziarno prawdy. Pamiętam jednak, gdy podczas eliminacji do Euro 2016 w meczu z Niemcami Polacy ogłosili się, że wynajmują knajpę i kto ma chęci, żeby wpaść pokibicować. Z ciekawości i chęci wspólnego dopingu poszliśmy tam ze znajomymi. Było wspaniale, tak polsko. Niemcy patrzyli z zazdrością, bo co jak co, ale kibicować wspólnie i przeżywać wydarzenia sportowe to my jednak potrafimy. Nie do końca jest też tak bardzo źle, Polak pomoże w szukaniu pracy, wesprze rozmową. Spotykam się prawie każdego dnia, jak na jednej z grup dziewczyny szukają koleżanki na kawę, jak robią spotkania integracyjne. Mamy w sobie to, że szukamy mimo wszystko tego drugiego rodaka w obcym kraju dla nas wszystkich. Można spotkać wiele bardzo pogodnych i życzliwych osób.

Emigracją rządzi pieniądz i chęć dorobku. Nie jest tak, że każdy Polak jest zły i od razu Cię zniszczy. W większości moi opiniotwórcy wychodzili z założenia, że jednak wszystko zależy od tego, na kogo się tutaj trafi. Jedni mają pecha, a inni spotykają na swojej drodze ludzi uczciwych. Świat emigracji nie jest do końca czarny ani biały, jest szary i niestety, egzystencjalnie czasami trudny.

JUDYTA GACEK
Działaczka ONR Podhale. Studentka Administracji na UP w Krakowie. W swoich artykułach lubi skupiać się na aspektach społecznych, jak również na ,,podglądaniu” życia w Niemczech – nie tylko politycznego.
Artykuł ukazał się na portalu Kierunki.Info: Judyta Gacek: „Polak Polakowi…”